piątek, 28 listopada 2014

PIERWSZY NUMER NOWEGO MAGAZYNU !

Chcę Wam zaprezentować nowy magazyn podróżniczego "Podróże z Chmurką".

Będzie wychodził kwartalnie.
Znajdziecie go w każdym lepszym kiosku.

W pierwszym numerze możecie przeczytać m.in. o Maroku, Rzymie i Czarnogórze. Dodatkowo o włoskiej kawie. Znajdą się też tam bardziej ambitne artykuły na temat psychologicznego gospodarowania czasem, jak i odwieczne pytanie, "wracać czy nie?".



Zdjęcie na okładce:
Rzym,
październik/listopad 2014
autor: Sylwia Nowak

Tak naprawdę jest to prezent urodzinowy od mojej siostrzanej duszyczki Sylwii :)
Jest ona artystką i zawsze sprawi mi oryginalny prezent.

Dziękuję za sprawienie mi wielkiej radości!
Okładka jest idealnym podsumowaniem ostatniego pół roku blogowania.

Jak Wam się podoba? 
:)






sobota, 15 listopada 2014

PODRÓŻ DO RZYMU WIDZIANA PRZEZ SIEDEM PAR OCZU

Życie to ciągłe wyzwania i podróż w głąb siebie.
Jak wróciłam z Rzymu postanowiłam nakłonić moich znajomych, z którymi tam byłam o podzielenie się na łamach mojego bloga swoimi przeżycia podczas podróży do stolicy Włoch.
Napisałam do nich tak:
„Podróże z Chmurką wpadły na pewien pomysł!
Chce napisać artykuł oczami naszej siódemki.
Zostawiam Wam pełną dowolność. Proszę napiszcie swój własny mini artykuł, który umieszczę na moim blogu. Czyli siedem mini artykułów, które stworzą jeden.
 Jeden, który podsumuje nasze siedem dni w Rzymie.
Jesteśmy kompletnie inni, inaczej czuliśmy się w ciągu tego tygodnia, na co innego zwróciliśmy uwagę, dla jednych ważne były zdjęcia, dla innych lokalni ludzi, dla innych wejście do Watykanu, opcji jest tysiące.
Znajdźcie parę minut na krótkie podsumowanie całego wyjazdu albo zwrócenie uwagi na jeden aspekt, jeden dzień. Niech to będzie coś Waszego Twórczego, a nie odtwórczego, że w Rzymie warto zobaczyć to i to bla bla ;-p
Andiamo ragacci!”




I tak też się stało, po około siedmiu dniach czekania na każdy artykuł publikuję dziś siedem różnych podsumowań.


Autor Ja

1… 2… 3…. 4… 5… 6… 7… Wszyscy są? Więc START!
Do Rzymu pojechaliśmy wesołą siódemką. Czterech chłopaków i trzy dziewczyny. Już z samego opisu brzmi jak tłum i tak czasami było. Mistrzem „odłączania” się od grupy byłam ja. No cóż trzeba spojrzeć prawdzie w oczy… znajdź niepasujący element? Chmurka odleciała na shopping albo na samotne włóczenie się po wąskich uliczkach Rzymu.
Postanowiłam nie pisać o Rzymie jako zabytkach czy opisie kolejnych dni w nim spędzonych, zrobię to w kolejnych wpisach. Chcę opisać naszą siódemkę ze względu na to jaką rolę pełniła każda osoba i co wniosła do grupy.



Od Doroty wszystko się zaczęło. To ona znalazła tanie loty do Rzymu, na które mnie namówiła, potem wspólnie namówiłyśmy Majkela, a ten zwerbował resztę grupy. Podczas wyjazdu Dorotka była jak zwykle maskotką, dużo mówiła i śmiała się jeszcze więcej, co udzielało się reszcie. Zbierała dziwne rzeczy na ulicy typu ramka czy wieszaki. Propagowała przyśpiewki rodem z klubu przedszkolaka, które śpiewaliśmy na ulicach wiecznego miasta. Robiła zdjęcia ludziom na ulicy w ich codziennych czynnościach.


Majkel został organizatorem na poziomie kupna biletów i całej odprawy. I był w tym najlepszy załatwiając nam wejście „Priority” do samolotu i miejsca w biznes klasie linii lotniczych Ryanair. Mieliśmy własnego stewarda, własnego busa i najlepsze miejsca do siedzenia. Jako jedyny pierwszy raz leciał samolotem i nie odklejał się od okna w czasie lotu. „Gdzie jest Majkel?” to pytanie zadawałam chyba najczęściej, licząc czy wszyscy są. Jedyny bez aparatu i zawsze chętny do zdjęć grupowych.


Później organizatorem samozwańczo zostałam ja, ze względu, że miałam dwóch kolegów w Rzymie i użyczyli nam noclegu, co nie było takie oczywiste dla całej siódemki. Muszę się przyznać, że to ja potrafiłam wprowadzić zamęt w grupie, ale też i potrafiłam nas zintegrować np. proponując zabawę w Mafię (co we Włoszech było zabawą na czasie). Po za tym byłam pozytywnym filarem naszej siódemki. Robiłam też zdjęcia ze specjalnością selfie oraz zdjęcia dokumentacyjne na bloga.


Drugim noclegowym załatwiaczem był Marcin, który na Couchsurfingu znalazł na tym samym osiedlu gdzie mieszka mój kolega innego hosta, który ma siódemkę rodzeństwa i to u niego właśnie spędzaliśmy pierwsze wieczory jedząc typowe włoskie dania albo gotując coś polskiego. Marcin jest propagatorem polskości, puszczał Włochom polskie piosenki i mimo wszystko uważa, że polskie morze jest najładniejsze.


Sylwia miała bardzo ważną rolę - fotografa artystycznego wyjazdu. Mimo, że mieliśmy 4 aparaty i każdy robił zdjęcia, to Sylwia i jej aparat działały cuda, łącząc magię Rzymu, magię zachodów słońca i magię naszych uśmiechów. Oprócz zdjęć Sylwia kręciła filmiki, których efekt końcowy w postaci filmu zobaczymy mam nadzieje już niedługo. To z Sylwią spacerowałam po ulicach wiecznego miasta rozmawiając po hiszpańsku. Umawiała nas na wieczorne kolacje i imprezy Haloweenowe  z hostami w Rzymie.


Przewodnikiem pilnującym, w którą stronę iść, na którym przystanku wysiąść i jakim metrem pojechać był Łukasz. W Łukaszem nie było opcji, żeby się zgubić. Też robił zdjęcia korzystając z niezawodnej metody samowyzwalacza albo długich naświetleń, w czym naprawdę jest mistrzem. Podśpiewywał czasem. Telefonicznie zawsze łączył brakujące ogniwa w grupie oraz kontaktował nas z hostami.


Konrad był najmniej znaną mi osobą w naszej grupie. Jego spokojne usposobienie nie dawało o sobie znać w ciągu dnia, ale okrywał się zdając cowieczorną relację telefoniczną. Pomysłodawca zwiedzania Watykanu o wschodzie słońca, czego nie zapomnę nigdy. Jako jedyny z chęcią odwiedzenia stadionu piłkarskiego w Rzymie. Robił setki niepozornych zdjęć swoją komórką, które mogą kryć wiele ciekawych ujęć.



Polecam kilka piosenek przy czytaniu artykułów:


Siedem osób, siedem dni, jedno miasto.  
Autor Sylwia

Jest czerwiec, pracuję już od dobrych kilku miesięcy i zostało mi kilka kolejnych. I gdzieś pośród tego wszystkiego przebijają się nagle, ni stąd ni zowąd, słowa Majkela: „Kto nie leci ten trąba!”. Ale, gdzie, co, jak, z kim? Że Rzym, że listopad, że najlepsza ekipa pod słońcem? Tak, to jest to! Decyzja podjęta błyskawicznie, bilety kupione w przeciągu kilku najbliższych minut. I chwilę później dzwonię już tylko do Chmury, z uśmiechem nie do odlepienia: „Aaaa!! Lecę z Wami!!”. Tak bardzo kocham spontaniczność.
Te kilka miesięcy później nasza mała przygoda zaczęła się dla mnie, gdy tylko zobaczyłam te wszystkie twarze – jedne utęsknione, nie widziane od zbyt dawna, a drugie nowe, które jednak szybko stały się bliskie. Bo to ludzie tworzą klimat, wspomnienia, przygody. A taka fantastyczna siódemka, w ciągu siedmiu dni, w takim Rzymie, może tych przygód przeżyć wiele.
Podróże mają to do siebie, że zdarzają się podczas nich rzeczy, które wydawały by się wręcz nieprawdopodobne. Tak było i tym razem. Rzym jest przeogromnym miastem, z jego okolicami liczy miliony ludzi. A jednak, jakim cudem szukając noclegu trafiliśmy tam na dwie osoby, z zupełnie różnych źródeł, które nie dość, że się znają, to jeszcze mieszkają pięć minut od siebie? Magia. Amedeo, Włoch, którego Chmurka poznała na wymianie na Litwie – przyjechał z Francji stopem, aby się z nami spotkać. Niesamowity człowiek, zgarnął trójkę z nas, a jak trzeba było to i wszystkich. Do tego ma nieziemskie poczucie humoru. Resztę przyjął Renato poznany przez Couchsurfing. Fantastyczna osoba, dzięki której udało nam się poznać prawdziwą włoską rodzinę i przepyszną włoską kuchnię. To jest coś nie do opisania, gdy do stołu zasiada niemal dwadzieścia osób – rodzice Renato, ich siedmioro dzieci i nasza siedmioosobowa ekipa. Jednego wieczoru jest to specjalnie dla nas przygotowana kolacja włoska, wraz z domowym winem, a drugiego odwdzięczamy się polskim akcentem, który okazał się dla nas nie lada wyzwaniem – przygotowujemy placki ziemniaczane w ogromnej ilości, z kilkoma różnymi sosami. Na szczęście wszystko zakończone sukcesem!
Siedem dni to idealny czas, wystarczający, aby zobaczyć wiele, ale też aby się nie spieszyć. Aby móc poczuć ducha miasta, znaleźć swoje miejsca, zintegrować i przeżyć niezapomniane chwile. Bo jak można powiedzieć: „Widzimy się pod Koloseum, tam gdzie zawsze”, to już znaczy coś więcej. Rzym poza architekturą, zachwycił mnie też swoją muzyką, gdy tylko wspominam jakieś miejsca, sytuacje, w głowie od razu rozbrzmiewa mi dźwięk skrzypiec, gitary, akordeonu czy niezwykłych głosów. Dociera smak porannej kawy, wieczornej pizzy, a przede wszystkim wina, które szybko stało się dla nas niemal sokiem. Wino towarzyszyło nam wszędzie – na ulicach, placach, w parkach, w pociągu, w metrze, w domach, w knajpach, na plaży. O każdej porze dnia i nocy.
Rzym jest miejscem, które robi wrażenie przy każdym świetle, ale największe przy tym zachodzącym. Nigdy nie zapomnę widoku na plac świętego Piotra właśnie o zachodzie. Ani widoku na całą panoramę Rzymu z tarasu nad Piazza di Popolo. To był też pewien element magii, gdy po całodziennym rozdzieleniu, nie umawiając się, spotkaliśmy się akurat na tym tarasie, przy zachodzącym słońcu i utworze „Hallelujah”. To była taka chwila pełnego szczęścia, niekończących się uśmiechów, uścisków, zdjęć, muzyki.
Podróż w tak dużej ekipie, jak nasza, nie jest prosta, ale jest niesamowitym doświadczeniem. Z jednej strony jest ciężko, bo każdy ma inne preferencje, inny budżet, co innego go cieszy, co innego go męczy, niektórzy chcą być razem cały czas, inni potrzebują chwili dla siebie. Ale pomimo różnicy zdań czy charakterów, pomimo kilku rozdzieleń, było jednak zdecydowanie więcej tego, co nas łączyło. Nazywaliśmy się komuną i dzieliliśmy wszystkim. Czy to było wino, czy uśmiech. Wspólnie jedliśmy, piliśmy, spaliśmy w wielu na jednym łóżku, mieliśmy swoje gry, swoje zaczepki, nieraz jedno spojrzenie mówiło wszystko, wybuchaliśmy śmiechem w podobnych momentach, śpiewaliśmy razem „Baranka” po Rzymskich uliczkach, tańczyliśmy razem spontanicznie przy muzyce grajków ulicznych, wspólnie gotowaliśmy, staliśmy się też bandą Zorro pomalowaną identycznie na Halloween. A po najmniejszej rozłące odnajdowaliśmy się na nowo w wielkim uścisku.
Cały wyjazd zwieńczyliśmy u cudownego Włocha, który przyjął całą naszą wesołą gromadkę w swoim domku nad morzem. Spędziliśmy razem czas w nocy na plaży na rozmowach, popijając prezent przywieziony mu z Polski. Po spędzeniu kolejnego dnia czy to na rowerach, czy to na plaży i nauce gotowania, wróciliśmy do Rzymu, gdzie powłóczyliśmy się nocą, przechodząc się po raz ostatni po różnych jego zakątkach, naszych zakątkach.
Piękne, klimatyczne miasto, świetna kuchnia, tanie wino, cudowni ludzie, muzyka, przygody, zatracenie się w czasie i skupienie na chwili obecnej. Uśmiech sam ciśnie się na usta gdy tylko pomyślę o tym, co tam przeżyliśmy.






















Autor Dorota

                To miał być zwykły dzień po długiej imprezie: późna pobudka, śniadanie o 17, potem słodkie nic nie robienie. Na tarasie wiał lekki wietrzyk, w tle delikatna muzyka, a może to tylko w mojej głowie?  Wtulona w poduszkę, sącząc wino, chciałam być sama. Udawałam, że nie widzę i nie słyszę reszty grupy. Koło mnie leżał M., również w swoim świecie. Jednak jak to zwykle bywa, dziwne myśli, przez nikogo nie proszone, wskoczyły,  od razu wygodnie się rozsiadły, bujając huśtawką jakby trochę bardziej: nie tak miał wyglądać ten wyjazd. Co się stało z naszą komuną? Z pozytywną energią jaką się wzajemnie zarażaliśmy? Uciekać, wyruszyć samej do miasta, poznać nowych przyjaciół? Walczyć o przyjaźń? Czy gra jest warta świeczki, czy oni to samo czują?  Głupia, naiwna. Coś nie gra, jest jakiś błąd w obliczeniach, który trudno nazwać słowami. Niby dobrze, niby fajnie, jednak nie. I wtedy złapałam spojrzenie M., już wiedziałam, że on myśli o tym samym. Przybiliśmy piątkę, wróciliśmy do grupy. Chwilę później udało nam się zebrać i pojechać całą grupą na hiszpańskie schody. Zaopatrzeni w wino, graliśmy w mafię, wczuwaliśmy się w klimat miasta. Dołączył do nas host, ze swoim kolegą – smutnym Turkiem (jego historia to dobry motyw na inny wpis;)), z którym chwilę później miałam przyjemność odbyć przejażdżkę skuterem. Pędząc ulicami wiecznego miasta podjęłam decyzję: walczyć! Jeżeli tylko korkociąg, który miałam w kieszeni nie wyjdzie na zewnątrz razem z jelitami przy kolejnym ostrym zakręcie, to walczę! Bo o co walczyć jak nie o marzenia i ludzi, z którymi chce się je realizować?
                Nasi hości zaprosili nas do dzielnicy Trastevere – mocno klimatycznej, nieturystycznej, położonej za Tybrem, gdzie zjedliśmy najlepszą lazanię i tiramisu w czasie całego wyjazdu. Po kolacji dwójka z grupy wróciła do domku, my do clubu. Tak! Zupełnie nieprzygotowani, ubrani w najcieplejsze ciuchy jakie mamy (w końcu wybieraliśmy się na nocny spacer po Rzymie połączony z długim siedzeniem na hiszpańskich) wylądowaliśmy na imprezie CS. Wybawiliśmy się, wytańczyliśmy, poznaliśmy ciekawych ludzi. Kiedy zabawa dobiegła końca, było już dawno po ostatnim metrze. Nowo poznani znajomi proponowali nam nocleg, ale my wybraliśmy włóczęgę. Nie bardzo wiedząc co nas czeka, ruszyliśmy przed siebie i wreszcie zaczęliśmy rozmawiać. Spontanicznie, ale szczerze, prawdziwie z głębi duszy. Przerywaliśmy sobie wybuchami wesołości, oblewaniem się wodą z fontann, śpiewaniem i znów rozmawialiśmy i rozmawialiśmy i podziwialiśmy Rzym.  K. wpadł na pomysł pójścia do Watykanu. Początkowo sceptycznie nastawieni do pomysłu, tym bardziej, że zmęczenie powoli stawało się odczuwalne, w końcu przystaliśmy na jego propozycję i pierwszym metrem zamiast do domu pojechaliśmy do najmniejszego państwa na świecie. To było coś niesamowitego! Wczesny, niedzielny poranek, jutrzenka unosi się na horyzoncie, przed nami żandarm otwiera bramę, wchodzimy jako pierwsi na plac świętego Piotra, za chwilę zgasną latarnie. Za nim zdążymy nacieszyć się chwilą, zrobić zdjęcia, powoli zaczęła ustawiać się kolejka do bazyliki. Stanęliśmy za grupą siostrzyczek, wciąż troszeczkę zażenowani powodem dlaczego znaleźliśmy się tak wcześnie na placu. To trochę jakby w butach z błota wejść na biały dywan...  Udało nam się jednak dostać do Bazyliki i być na pierwszej mszy jaka się w tym dniu odbywała – po hiszpańsku. Oczarowani, walcząc z zamykającymi się oczami, podziwialiśmy. Chyba każdy z nas ma trochę na pieńku z tymi, tam u góry i trochę powątpiewa w ich obecność/ działanie. Nie dało się jednak ukryć, że to co poczuliśmy o wschodzie słońca w Watykanie, wywarło na nas ogromne wrażenie. Trudno powiedzieć, czy to, że znaleźliśmy się w takim miejscu, o tej porze to był tylko przypadek..
                Tu nastąpiło kolejne rozłączenie grupy, chłopcy zdecydowali się wejść na kopułę, my z K. i M. bez grosza przy duszy ruszyliśmy na poszukiwanie kawiarni, gdzie przyjmą od nas kartę. Dzień łagodnie budził się do życia, nie bardzo jednak docenialiśmy pieszczotliwe łaskotanie słonecznych promieni po twarzy. Walczyliśmy ze sobą - powłócząc nogami, śmiechem wzajemnie otwierając sobie powieki – o to, co jest nam bardziej potrzebne: ławka, gdzie będzie można położyć się, choć na przysłowiowe 15 min, czy jednak spora dawka kofeiny. Nieświadomie znów znaleźliśmy się w ulubionej przez nas dzielnicy Trastevere a chwilę później w mocno klimatycznej kawiarni, na typowym włoskim śniadaniu.
               Czując się zdecydowanie lepiej ruszyliśmy w dalszym drogę. Kiedy o tym myślę w głowie mam tylko jedno, idziemy, idziemy, śmiejemy się i idziemy….  Z chłopakami spotkaliśmy się pod Castel Sant’Angelo i tu spotkał nas kryzys. Z naręczem ciuchów, ze zmęczeniem przyprawiającym o ból głowy, w upalni poranek, ruszyliśmy w dalszą drogę. Trudno powiedzieć jak to się stało, że idąc ulicą nagle weszliśmy do jednej z kamienic, wjechaliśmy na ostatnie piętro przepiękną, starą, drewnianą windą, popatrzyliśmy na miasto z góry, a kiedy już wychodziliśmy znalazłam metalową ramkę. Zwyczajną, trochę raniącą rękę, bez cech szczególnych ramkę. Komuna z lekką dezaprobatą przyjęła mój pomysł zabrania jej ze sobą, traktując to jako kolejny, mieszczącą się w moim marginesie odchylenia od społeczeństwa kaprys. Tym sposobem tworzyliśmy profesjonalnie wyglądającą grupę bezdomnych: M. z rękami pełnymi ciuchów, ja z ramą, razem mieliśmy szafę. W końcu – zaopatrzeni w kubeczki, zimne piwa, colę i krakersy, udało nam się dotrzeć do parku na wzgórzu. Piknik, wygłupy, zdjęcia w ramce, sami nie zauważyliśmy kiedy zasnęliśmy. 
              Na stację metra wracaliśmy okrężną drogą – przemierzając park, obserwując jak toczy się życie w tym mieście, w którym cokolwiek się dzieje – jest to skala przynajmniej kilka razy większa od tego samego wydarzenia w Krakowie. Liczni grajkowie uliczni, rodziny z dziećmi, pary, słońce powoli chyliło się ku zachodowi, wszędobylski zapach kwiatów, czuliśmy się dobrze i spokojnie.  Kiedy dotarliśmy na punkt widokowy spotkaliśmy S. i M. – zupełnie nie umawiając się ze sobą. Tymczasem niebo zrobiło się niesamowicie pomarańczowe, rzuciliśmy w bok plecakami, mimo tłumu ludzi znaleźliśmy miejsce przy barierce. Spojrzeliśmy na utopiony w zachodzącym słońcu Rzym. W tle „wonderful life” i „hallelujah”, pod nami Piazza del Popolo – Plac Wszystkich Ludzi. Staliśmy przytuleni, nie mogąc powstrzymać śmiechu, łzy szczęścia same popłynęły do oczu…  W trakcie S. na przemian cieszyła się z nami i robiła nam zdjęcia, schowaliśmy się za ramką, to ona w jakiś sposób nas połączyła. Trudno opisać słowami, co wtedy czułam. To na pewno był najpiękniejszy zachód słońca, jeden z najlepszych jego momentów i najdłuższa doba mojego życia. Po trudnych chwilach i zgrzytach, długiej ścieżce oczyszczającej przeżyliśmy katharsis. Rozpoczęliśmy dzień jako znajomi, zakończyliśmy jako przyjaciele. 
Dziękuję.

Ps. Początkowo chcieliśmy wziąć ramkę do Polski. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że zostawimy ją w tym mieście. Nam już pomogła, teraz niech czas na kolejne zagubione dusze ;)






https://www.youtube.com/watch?v=7dYZzS3CnsE&app=desktop

Rzym moimi oczami.  
Autor Łukasz

Chmurka, Sylwia, Dorota i Majkel wykupili wspólny lot do Rzymu. Kiedy usłyszałem tą wiadomość, wiedziałem, że muszę być częścią tego wyjazdu. Już w samolocie spędziliśmy miło czas parząc na góry i chmury za oknem, popijając lekkie piwka, ale to w Rzymie integracja naszej siódemki zaczęła się w pełni. O udziale Marcina i Konrada dowiedziałem się tuż przed wyjazdem. Im nas więcej tym weselej. 
Rzym nie był miastem, do którego wracałem z przyjemnością. Ostatnia wizyta zostawiła wiele niemiłych wspomnień. Teraz zostały one w pełni zastąpione uśmiechami moich przyjaciół, oryginalnymi zdjęciami, zwiedzaniem miasta dniem i nocą oraz spotkaniami z lokalnymi couchsurferami. Ciężko nawet powiedzieć ile kilometrów przeszliśmy po mieście w czasie tego wyjazdu. Po za typowymi zabytkami, przy których zawsze robiliśmy masę zdjęć, zawsze znalazł się czas na dobre winko, lody, czy kawałek włoskiej pizzy. Z naszych wędrówek w pamięci na długo pozostaną mi Polacy przebrani w srebrne maski, śmiejący się do siebie cały dzień. Mijaliśmy też mężczyzn tworzącego zwierzęce rzeźby z liści trzciny, czy też samochody z lat ’20 z puszek po napojach. Uliczni grajkowie również umilali nam czas, a swoim talentem łatwo zachęcali nas do przerwania naszych ulicznych wędrówek i wtopienia się w swoją muzykę. 
Couchsurfing był ważną częścią tego wyjazdu. Niemal każdą noc spędziliśmy z miejscowymi Włochami, którzy użyczali nam swojego domu i spędzali z nami czas. Kiedy zostaliśmy zaproszeni na włoski obiad z całą rodziną naszego hosta, wiedzieliśmy, że nie możemy przepuścić takiej okazji. Następnego dnia nie pozostaliśmy dłużni i przygotowaliśmy placki ziemniaczane w kilku wariantach smakowych. Ciężko zaprzeczyć, że przygotowanie obiadu dla 14 osób było wzywaniem. 
Długo nie zapomnę również błąkania się po mieści z lokalnym couchsurferem w czasie nocy Halloween. Bardzo lubię to święto, ale w Polsce nigdy nie odczułem go na taką skalę jak w Rzymie. Fantastycznych kostiumów i uśmiechniętym potworą nie było końca. A dzięki farbką Sylwii, każdy widział, że jesteśmy jedną świetnie zgrana ekipą. No… może z jednym niepasującym elementem, który odmówił namalowania sobie czarnej maski na oczach I mimo pewnych nieszczęsnych przygód alkoholowych, była to jedna z najlepszych nocy wyjazdu. 
Kiedy myślę o najbardziej nieoczekiwanych i przyjemnych rzeczy na tym wyjeździe, do głowy przychodzą mi dwie rzeczy. Pierwszą było pojawienie się na placu Św. Piotra o 5:00 nad ranem, kiedy byliśmy dosłownie pierwszymi ludźmi, którzy weszli na plac tego dnia. Zobaczenie tego miejsca bez długiej na kilometr kolejki do Bazyliki było naprawdę satysfakcjonujące. Zwłaszcza, kiedy weszliśmy na górę, żeby obejrzeć Rzym z kopuły i obserwowaliśmy jak powoli owa kolejka się tworzy. 
Drugą rzecz była natomiast niezwykle prosta. A był to odpoczynek nad morzem ostatniego dnia. Rzym jest wspaniałym miastem, ale po tygodniu pieszego zwiedzania nic tak nie naładowało naszych baterii, jak dzień zabawy na plaży, kąpania się i patrzenia na morze oraz kolejne wspólne gotowanie wspólnego posiłku z naszym ostatnim na tym wyjeździe hostem. Że nie wspomnę o dzieleniu się moimi upodobaniami muzycznymi przez cały wieczór i słuchaniu zarówno moich jak i włoskich utworów z samochodowych głośników w czasie powrotu do Rzymu. Mówi się „pokaż, jakiej muzyki słuchasz, a powiem ci kim jesteś”. Dlatego było to tak wyjątkowe. 
Ostatniej nocy czułem, że był to idealny moment, na zakończenie wyjazdu. Spędziliśmy w Rzymie nie za dużo i nie za mało czasu. Wciąż zostało jeszcze kilka nie odkrytych miejsc i nieodwiedzonych ulic, ale to już będzie do zobaczenia innym razem. Kto wie…?? Może nawet z tą samą ekipą.












Dzień ostatni na plaży :)




https://www.youtube.com/watch?v=e_LW5YuTWU4&list=PLrXTSHEl3acqQa2e5sCRr5KIK8_lvnVg8&index=1Do

 Rzymu pojechaliśmy Szczęśliwą Siódemką.  
Autor Majkel


... (Kasia dzwoni)
-Majkel, lecimy do Rzymu!!! Wpadłyśmy z Dorotą przed chwilą na pomysł, żeby polecieć gdzieś razem i są tanie loty do Rzymu. Lecisz z Nami.
-hmmmm... yyyyy... eeeeeee...
-Przyjeżdzamy do Ciebie wieczorem, zamówimy bilety.

Tak się zaczeła historia Naszego wspólnego lotu do Rzymu. Traf chciał, że był u mnie akurat przyjaciel z uczelni, który był zdziwiony szybkością próby podjęcia takiej decyzji i naszym sposobem myślenia i odradzał mi zdecydowania się na lot popierając to jakimiś popularnymi wymówkami, które ma zazwyczaj człowiek w takim momencie. I o mały włos mu się to udało... To był nieliczny moment, w którym nie podjąłem decyzji w przeciągu kilku sekund – tak jak to zazwyczaj bywa w Naszej Piątce. Wahałem sie. Dziewczyny miały jednak większą siłę przebicia w mojej psychice :) – podświadomie czułem, że jakaś część mnie, aż krzyczy, aż rwie się do tego, co zaproponowały, a obawy mojego kumpla, są tu czynnikiem hamującym to, co naprawdę chcę zrobić.
W momencie, w którym zobaczyłem uśmiechniętą od ucha do ucha Kasię i Dorotę nie miałem już żadnych wątpliwości – wieczorem błyskawicznie zamówiliśmy wspólnie loty, najpierw dla Naszej trójki, potem dla Łukasza a następnie, będąc dumnymi z podjęcia świetnej decyzji, wstawiliśmy post na fb, który sprawił, że do ekipy dołączyły kolejne, wspaniałe osoby i tak oto pojechaliśmy do Rzymu Szczęśliwą Siódemką.
Czekaliśmy wszyscy z niecierpliwością na lot przez kilka długich miesięcy, przypominając sobie o nim przy każdej nadarzającej sie okazji, a w dzień lotu Nasza radość z tego, że nadszedł upragniony Wielki Dzień była wręcz przeogromna. Szczególnie, gdy spotkaliśmy się już WSZYSCY, w komplecie na lotnisku. Szalę radości przeważył fakt, że Kasia, Dorota i ja mieliśmy priorytetowe wejście na pokład, jedne z najlepszych miejsc w samolocie, a dziewczyny były uprzejme wpuścić mnie pod same okno. Dodam, że to był mój pierwszy w życiu lot – wyczekiwany od 18 roku życia i przytrafił mi się razem z moimi najlepszymi przyjaciółmi, którzy byli cały czas obok mnie i z którymi mogłem się nim wspólnie cieszyć przez całe 2 godziny, które minęły dosłownie jak 5 minut. Podobno nie było ze mną słownego kontaktu :) ...wtedy, po raz pierwszy, miałem wrażenie, że jest to mój najszczęśliwszy dzień w życiu.
Lądujemy w Rzymie, jedziemy do centrum, zwiedzamy miasto – może to bardzo zawiedzie kogoś, kto liczy teraz na jakieś wspaniałe opisy budynków i krajobrazów, ale muszę szczerze przyznać, że cały czas najbardziej liczyło się dla mnie to, z kim tam jestem, niż gdzie jestem. I tak oto, nie usłyszycie moi drodzy o przepięknych fontannach, klimatycznych uliczkach czy zabytkowych kościołach, ale raczej o tym, że w tym i w tym miejscu śmiałem sie do łez z Dorotą i Kasią, tam i tam tańczyliśmy na środku placu do muzyki ulicznego artysty, a w tamtym i tamtym miejscu spałem na ławce z Łukaszem.
Zgodnie z zapowiedzią pomijam pierwsze noclegi nad morzem, pierwsze podróże metrem po mieście, poznawanie mapy i poszukiwanie charakterystycznych miejsc, o których mówią wszystkie przewodniki. Przez całe pierwsze 3 dni zdecydowanie najprzyjemniej wspominam sytuację, gdy potwierdziło się, że na każdej podróży muszę coś "rozlać, połamać, zgubić lub ewentualnie zepsuć". Wtedy właśnie zepsułem rower i byłem zmuszony wracać kilka ładnych kilometrów do domu na nogach. Pomyślicie dlaczego najprzyjemniej? Odpowiedź jest prosta. Bo w podróży tej towarzyszyła mi Dorota. Nie pozwoliła żebym wracał sam, za co jestem jej, do teraz, bardzo wdzięczny. Gorące, włoskie słońce świeciło nam wtedy w najlepsze, palmy wywijały się pod delikatnym naciskiem chłodnego wiatru, a rozmowa kleiła się w najlepsze, tak jak nigdy dotąd. Spacerowaliśmy w ten sposób dłuższy czas, nie patrząc ani na zegarek ani nawet specjalnie na drogę, ale w odpowiednim momencie nasze oczy nie przeoczyły lokalnego sklepu, w którym kupiliśmy sobie składniki na kolację, którą to potem, z tutejszym spokojem, zjedliśmy na ławce, przed sklepem, popijając do tego wino i oglądając piękny zachód słońca na horyzoncie...
...wtedy, po raz drugi, miałem wrażenie, że to jest mój najszczęśliwszy dzień w życiu.
Po czymś takim ciężko było ruszyć w drogę, ale zrobiliśmy odpowiedni zapas wina udaliśmy się przed siebie pchając rowery i popijając, jak sie potem okazało, najlepsze wino we Włoszech.  A szło się nam tak wspaniale, że zaszliśmy dużo dalej niż było trzeba ;)
Pomijając znowu niepotrzebne opisy miasta dochodzimy do momentu, scisłej nocy, której przypomnieliśmy sobie, po kilku dniach technicznej rozłąki, co to znaczy BYĆ RAZEM W KOMUNIE (dla niewtajemniczonych tak nazywamy naszą grupę, w której od zawsze dzielimy się wszystkim – każdemu według potrzeb, świetnie się przy tym bawiąc i realizując różne szalone i poprawiające humor pomysły) Kasia, Dorota, Łukasz i ja znów niebanalnie rozmawialiśmy, żartowaliśmy, robiliśmy głupoty, jak za dawnych czasów, a Łukasz znów zaczął śpiewać :) – znak tego, że wszystko idzie w najlepszym możliwym kierunku. Napędzani sobą stwierdziliśmy, że nie będziemy tej nocy wcale spać, zwiedziliśmy na nogach nocą pół Rzymu, dostaliśmy się nielegalnie do wnętrza zaparkowanego na ulicy Volkswagena garbusa, przybiliśmy wspólnie wiele piątek i zgodnie stwierdziliśmy, że już więcej się nie rozstajemy, bo tylko w komplecie (brakowało jednak Wiolki) jesteśmy w stanie żyć całą Naszą wspólną duszą.
O wschodzie słońca znaleźliśmy się na Placu Świętego Piotra, jedynym miejscu jakie wymienię z nazwy w mojej relacji, poszliśmy na Mszę Świętą po hiszpańsku, zwiedziliśmy Bazylikę, porobiliśmy zdjęcia, zjedliśmy śniadanie w tradycyjnej przyulicznej kawiarence i poszliśmy, po raz setny, ale z niesłabnącym zapałem (po nieprzespanej nocy) zwiedzać Wieczne Miasto. W pewnym momencie zauważyliśmy budynek z polskim  napisem, do którego nie zawahaliśmy sie wejść i naszym oczom ukazała się zabytkowa winda, której nie omieszkaliśmy użyć do wjechania najwyżej jak sie da i zdobycia ciekawych wspomnień. Przy wyjściu z budynku Dorota znalazła ramkę... Z którą to, od teraz, wiązał sie każdy nasz kolejny krok w Rzymie.
Kupiliśmy sobie jedzenie i "zimne napoje", z którymi wylądowaliśmy w przepięknym parku i zrobiliśmy sobie ucztę na środku trawnika, ciesząc się spokojem, słońcem i odpoczynkiem. Spędziliśmy w tym miejscu kilka godzin, po czym udaliśmy się zobaczyć zachód słońca w punkcie, z którego jest podobno niesamowity i zapierający dech w piersiach widok na cały Rzym. Musieliśmy to sprawdzić!
Tego, co działo się podczas zachodu słońca nie jestem w stanie przekazać słowami...
Stałem wtedy w najlepszym miejscu, patrząc się na najpiękniejszy zachód słońca w swoim życiu z najlepszymi ludźmi u boku jakich kiedykolwiek poznałem, w tle słysząc muzykę, której dobór do całokształtu tego wszystkiego, przekonywał mnie w tym momencie bez wątpienia o istnieniu Boga.
...wtedy po raz trzeci miałem wrażenie, że jest to... NIE!!!
Po raz pierwszy w życiu miałem PEWNOŚĆ, że to jest mój najszczęśliwszy dzień w życiu i nie zapomnę go NIGDY. Tysiąc, milion razy! Wbijałem sobie do głowy to, co wtedy czułem, widziałem i słyszałem.
O czym bym Wam teraz nie wspomniał to i tak nic nie będzie w stanie przebić moich emocji i odczuć przeżywanych w chwili, o której przeczytaliście powyżej, żadne kolejne wydarzenia wyjazdu, żadne kolejne priorytetowe wejście, najlepsze miejsca w samolocie, patrzenie w okno podczas startu i lądowania, a nawet własny steward – więc zakończę moją opowieść w tym punkcie.
Jedyne czego żałuję to tego, że nie zawsze mogliśmy przebywać ze wszystkimi razem w jednym miejscu i czasie chciałbym bardzo poznać lepiej Sylwie, Marcina, Konrada – bo, choć byliśmy razem tylko przez tydzień to przeżyłem z nimi wspaniałe chwile i bardzo ich polubiłem.
Obyśmy byli w stanie przebić ten wyjazd!!!
Tego życzę całej Szczęśliwej Siódemce i nieobecnym na wyjeździe członkom ekipy (Wiolka – pamiętaliśmy o Tobie cały czas:))...i pomyśleć, że mogłem na początku posłuchać "jakichś popularnych wymówek, które ma zazwyczaj człowiek w takim momencie".
Ostatnie zdanie pozostawiam do rozważenia wszystkim tym, którzy się wahają nad wyjściem z domu i ruszeniem tyłka z ciepłego fotela.
Pozdrawiam,
Wasz Majkel.















Najlepsze wspomnienie z Rzymu. 
Autor Marcin

Chyba każdy chciałby zatrzymać czas. Poczuć się tak, jak by nie było żadnych ograniczeń, obowiązków. Jak by mógł przestać zastanawiać się i planować, żyć chwilą, która nigdy się nie skończy, tą jedną minutę nie myśleć o niczym.
Są na to magiczne sposoby, czasami osiągnięte wytrwałą pracą, innym razem zupełnie spontaniczne, niespodziewane. Lecz niezależnie od sposobu osiągnięcia takiego stanu, zawsze jest to wspomnienie które zostanie na długo w pamięci oraz zmusi do refleksji, zmian czy przemyśleń.


Zamknij teraz oczy i wyobraź sobie. Rzym, wieczne miasto, tutaj czas dawno się zatrzymał, ukrył w wielkich kolumnach, imponujących rzeźbach, czy ciemnych zakamarkach, trzeba tylko trochę wyobraźni, trochę fantazji i można przenieść się daleko w przeszłość. Rzym, jesteś ponad nim, w końcu na szczycie. W oddali widać wielkie kopuły i te mniejsze, starożytnie budowle, rzeźbione w rozmaity sposób, jak i budynki mieszkalne zwykłych ludzi, rzymian, idealnie wpasowujące się w wizerunek całego miasta. Widać ulice, widać życie, ludzi chodzących w każdą stronę w oddali, każdy za swoją sprawą, albo wręcz bez celu, rozkoszujących się urokiem miasta. Rzym, place, uliczki, wielkie katedry i malutkie fontanny, stoisz na jednym z wielu klimatycznych placów, jedynym w swoim rodzaju, a zarazem podobnym do innych, jesteś ponad miastem. Plac pełen jest ludzi, w różnych wieku, różnych narodowości, o różnym wyznaniu i kolorze skóry. Panuje spokój każdy jakoś zamyślony, skupiony. Każdy z osobna i wszyscy razem patrzą w dal, na miasto, na Rzym. Słońce zachodzi, kolory rozświetlają cały plac. Ten jeden moment, tak twardo mówiący o przemijaniu, o tym że coś się kończy. Jeszcze parę chwil, słońce zniknie za budynkami w oddali, minie kolejny dzień, kolejny dzień w Rzymie. Lecz zanim to nastąpi, jest jeden człowiek, który staje naprzeciw temu. Dla niego w tej chwili czas nie istnieje, chce zatrzymać go również dla innych, nie dać uciec kolejnemu dniu. Słychać muzykę, piosenki które wszyscy znają, które łapią każdego za serce i nie pozwalają po prostu przejść i bez emocji zakończyć kolejny dzień. Ludzie patrzą na zachodzące słońce, patrzą na siebie. Panuje spokój, ktoś siedzi w milczeniu, ktoś nuci po cichu piosenki, wzruszenie. Nawet dzieci na chwile przestał biegać i usiadły przed artystą. Panuje uprzejmość, dla każdego ta chwila jest wyjątkowa, w końcu coś się kończy, coś nowego zaczyna. Rzym, czas się zatrzymał, piękne kolory, ludzie w zadumie patrzący w horyzont, wzruszenie na twarzach, łzy, spokój. Słońce zachodzi, kończy się kolejny dzień, kolejny dzien w Rzymie.
















Spontaniczna decyzja, która się opłaciła. 
Autor Konrad

               Do Rzymu polecieliśmy w bezchmurne wtorkowe przedpołudnie. Gdy dotarliśmy do Rzymu, pierwszym co poczuliśmy był… chłód. Wcale nie było wtedy typowo włoskiej pogody, a ledwie kilka stopni więcej niż w Warszawie i chmury. Pierwsze godziny spędziliśmy na szwendaniu się z ekwipunkiem po centrum i chłonięciu jak największej ilości Rzymu jaką się dało. Wieczorem poznaliśmy naszego hosta Renato, który doradził nam kupno kart podróżnych co było dość dobrą decyzją, bo później nie martwiliśmy się o bilety i jeździliśmy naprawdę sporo – do domów Renato i Amadeo dojeżdżaliśmy ok. 1,5 godziny. Późnym wieczorem jak już zostawiliśmy nasze bagaże i mogliśmy chwilkę odpocząć, Renato zaprosił nas do pobliskiej pizzerii na kolację. Byli z nami również jego siostra Chiara i Amedeo. Bardzo miło spędziliśmy wieczór i najedliśmy się bardzo dobrej pizzy – nie ma to jak włoska pizza.
                    W środę ogarnęliśmy się i ruszyliśmy do centrum. Cały dzień staraliśmy się zwiedzić jak najwięcej mogliśmy, w międzyczasie szukając miejsca, w którym możemy zjeść – guzik zjedliśmy, bo akurat od tego dnia uniwersytecka stołówka została zamknięta dla postronnych. Obiad zjedliśmy na schodach przed innym uniwersytetem. Do wieczora kombinowaliśmy alkohol z taniego sklepu, bo dostaliśmy cynk, że w Rzymie można bezczelnie nadużywać wina w każdym miejscu publicznym. Na 20. zgarnęliśmy się wszyscy na kolację do Renato. Zjedliśmy razem z ich przemiłą rodzinką makaron z sosem po włosku, pieczeń z sałatką ze świeżych ziół i na deser owoce. Wszystko popiliśmy winem i zakończyliśmy kieliszkiem wódki, którą pochwalił się ojciec Renato, gdy zobaczył co przywieźliśmy prosto z Polski – Soplicę pigwową. Zapadła noc.
                       W miarę wcześnie rano następnego dnia ja, Marcin, Dorota i Majkel ogarnęliśmy się, a Renato zaproponował nam wycieczkę rowerową do ruin starożytnej wilii w pobliskim lesie. Razem z nami wyruszył jego kolega Federico. Podejrzewaliśmy, że reszta ekipy dogorywa u Amedeo, bo tam właśnie spali – jak się później okazało mieliśmy rację. My cieszyliśmy się w tym czasie genialną pogodą, a jadąc na rowerach po drobnej mieścinie jaką była Ostia, dało się odczuć klimat wakacyjny. Na miejscu, wśród ruin spędziliśmy trochę czasu na standardowym dla każdej nacji chillout’cie. Później już w czwórkę, bo niektórzy musieli jechać na uczelnię, popędziliśmy nad morze, a tam razem z Marcinem bez wahania wskoczyliśmy do morza – cieplejszego niż Bałtyk latem. Na kolację, którą chcieliśmy się zrewanżować rodzinie Renato wybraliśmy placki ziemniaczane. Okazało się, że bez Chmurki, która tego dnia samotnie zwiedzała Rzym, z placków wyszedłby klops, bo mieliśmy drobne problemy techniczne, a widok kilkuosobowej wygłodniałej rodziny patrzącej jak po dwóch godzinach w kuchni, mamy dwie miski papki z ziemniaków i cebuli i nadal nic jadalnego, był bezcenny i niezwykle stresujący. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, a my nie zostaliśmy pożarci żywcem. Za to uwijanie się w kuchni i współpraca przy gotowaniu zostawia naprawdę fajne wspomnienia. Podczas całego pobytu wśród tak licznej rodziny dało się odczuć, że to co o Włochach i ich podejściu do rodziny się mówi, to najprawdziwsza prawda – tak zgranej paczki, zarówno braci jak i sióstr, nie widuje się zbyt często.
                   Nadszedł piątek. Z bagażami ruszyliśmy zwiedzać. Mieliśmy plany może udać się do Watykanu, ale z całym ekwipunkiem mogłoby to być problematyczne, więc najpierw staraliśmy się znaleźć darmowe miejsce na nasze klamoty. Bez powodzenia. Cały dzień spędziliśmy więc na chodzeniu i odpoczywaniu. Najfajniej było na Placu Popolo, gdzie młody grajek, dwudziesto-kilku stopniowy upał i dwie dziewczynki hasające w rytm muzyki stworzyły klimat. Klimat, który w Rzymie da się odczuć niezwykle często – w tym mieście masz ochotę usiąść i siedzieć rozkoszując się melodią, widokami i towarzystwem drugiej osoby. Zdecydowanie nie jest to miasto dla samotnych. Dla samotników są kościoły i wnętrza zabytków, w których można poczuć się sam na sam ze sobą, ale tylko gdy trafimy na mniejsze niż zwykle tłumy, albo uda nam się taki tłum ominąć lub od niego wyizolować – dla mnie to wydaję się niemożliwe. Nieco później dotarliśmy do Watykanu. Tam byliśmy chwilę, żeby zrobić sobie sesję na placu Św. Piotra. Potem ruszyliśmy na spotkanie z Niko, który zaprowadził nas na mniej popularny plac, gdzie również  było dużo uzdolnionych ludzi popisujących się swoimi talentami, a po chwili zjawili się Romowie, którzy całą orkiestrą zaczęli grać tak skoczne rytmy, że dziewczyny wyciągnęły chłopców w tan. Naprawdę fajnie patrzyło się na to jak do spontanicznie podrygujących Polaków dołączyła się grupka już umalowanych na Halloween młodych ludzi. Niedługo potem bagaże zostawiliśmy u Niko i poszliśmy na miasto – na plac De’Fiori. Tam umalowaliśmy się, jednym paskiem na oczach dając do zrozumienia, że jesteśmy z jednej bandy i od razu zwróciliśmy uwagę zgromadzonych na placu ludzi – robili sobie z nami zdjęcia, zagadywali do nas i byli bardzo życzliwi. Jednemu z naszych klimat udzielił się nawet bardzo i to był koniec wieczoru dla jego świadomości.
                  Przed czwartą rano pojawił się Amedeo oferując nam nocleg. Do Amedeo dotarliśmy przed 8. rano. Spaliśmy do 15. i postanowiliśmy, że zjemy jajecznicę – byliśmy na zakupach i zjedliśmy bardzo dobrą jajecznicę, grając również w towarzyskie gry psychologiczne ok 17. Wieczorem mieliśmy jechać do Rzymu na chwilę i wrócić w miarę wcześnie, żeby w niedzielę rano móc wcześnie zacząć zwiedzanie. Wyjechaliśmy z dwiema butelkami wina o 19.30 i graliśmy w metrze, a później na schodach Hiszpańskich w mafię, czym zaciekawiliśmy grupkę dziewczyn z Arabii Saudyjskiej. Pojawili się Niko i jego kolega z Turcji. Oni zaprowadzili nas do genialnie taniej jak na Rzymskie warunki restauracji – jedzenie było w niej równie dobre jak ceny. Później skorzystaliśmy z zaproszenia Turka i udaliśmy się do klubu, w którym byliśmy aż do 3.30. Dalej ruszyliśmy zwiedzać Rzym.
                   Mijając po drodze kilka ciekawych aut i piramidę, dotarliśmy przed 6. rano do Watykanu, co okazało się super pomysłem. Byliśmy pierwszymi tego dnia ludźmi tam, zobaczyliśmy bardzo fajny wschód Słońca i ominęliśmy tłum, który w tym miejscu często przeszkadza w docenieniu jego piękna. Dostaliśmy się do środka niemal bez kolejki, z której słynie plac Św. Piotra, a w środku mogliśmy spokojnie poczuć klimat. Spędziliśmy tam kilka godzin, a ja z Łukaszem skusiliśmy się nawet na wejście na kopułę – niezwykle opłacalny widok panoramy miasta z jednego z najwyżej położonych punktów. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na kawkę na dachu Watykanu. Po zejściu i wizycie w minimarkecie dołączyliśmy do reszty, a około 14. już byczyliśmy się w parku planując co i kiedy zrobić, żeby zdążyć do naszego innego hosta w nadmorskiej miejscowości na południu. Nim tam jednak dotarliśmy, przeszliśmy przez park, w którym minęliśmy grupkę świetnie jeżdżących na rolkach młodych ludzi i jednego seniora, który zawstydziłby wszystkich starszych ludzi szturchających nas laskami i torebkami w komunikacji miejskiej. Później dotarliśmy do placu Napoleona, z którego widać spory kawałek Rzymu i przede wszystkim zachód Słońca. Jeśli uda się trafić na czas, w którym jakiś grajek będzie się starał umilić zwiedzającym czas i zarobić parę groszy znów można bez specjalnego wysiłku odczuć klimat. Około 23. dotarliśmy nad morze do innego hosta, gdzie wypiliśmy wódkę, staraliśmy się z nim trochę zintegrować i zmarzliśmy. Potem poszliśmy spać.
               W poniedziałek udaliśmy się na plażę nad morze – tam szaleliśmy i korzystaliśmy z pięknego dnia aż do 15., po czym wróciliśmy kombinować obiad. Naszemu gospodarzowi udało się przygotować tyle obiadu, że najedliśmy się po uszy i mieliśmy jeszcze co jeść w nocy przed odlotem. Do Rzymu wróciliśmy wieczorem i tam po chwili spędzonej na spacerze po mieście udaliśmy się na plac Napoleona i tam coś zjedliśmy, poczekaliśmy do pierwszego metra i ruszyliśmy w drogę do domu. W międzyczasie pilnowani przez Łukasza zdołaliśmy się chwilkę zdrzemnąć na ławce w parku – co też było fajnym przeżyciem. Oczywiście obudził nas deszcz, który akurat wtedy postanowił spaść.
                    Cały wyjazd był niezapomnianą przygodą pełną wielu ciekawych epizodów i przeżyć – podróżowanie z pozytywnymi ludźmi, którzy są nastawieni na poznawanie innych i na czerpanie jak największej radości z bycia z innymi jest naprawdę fajne i sprawia, że po powrocie zastanawiasz się kiedy i dokąd możesz znowu wyjechać. Myślę, że naprawdę warto czasem podjąć spontaniczną decyzję o takim wyjeździe i każdy powinien się na to zdecydować, a couchsurfowanie jest jednym z lepszych sposobów na poznanie obcego kraju w sposób w jaki żaden zwyczajny turysta nie ma szans go poznać.












sobota, 27 września 2014

ONE DAY IN BERLIN



 O tym jak w ciągu jednego dnia, a nawet paru godzin zobaczyć Top 10 w Berlinie.

Berlin zwiedzałam dość niestandardowo, bo porzez grę miejską, więc nie mialiśmy czasu na setki zdjęć, może tylko na dziesiątki, ale zabawa była przednia.
Podzieleni byliśmy na grypy 7-8 osobowe.

Poniższe zdjęcie robi Niemiec, który znał Berlin i był naszym przewodnikiem, a na zdjęciu znajduje się Polsko - Ukraińska reprezentacja.


Jak to się stało, że w takim składzie pojechałam do Berlina. Otóż istnieje taki program współfinansowany z budżetu Uni Europejskiej, który nazywa się ERASMUS + (a dawniej Youth in Action). W ramach tego programu organizowane są między innymi wymiany młodzieżowe, seminaria, treningi, wolontariat europejski. Więcej możecie poczytać na stronie: http://erasmusplus.org.pl/
I tak to się stało, że pojechałam na Youth Exchange jako lider polskiej grupy, gdzie spotkaliśmy się z młodymi ludźmi z Niemiec i Ukrainy.

Grę miejską zaczeliśmy na Dworzecu Głównym - Hauptbahnhof. Poniżej zdjęcie polskiej grupy - damskiej części z przedstawicielem grupy niemieckiej.










A to moje TOP 10, czyli to co można zobaczyć w ciągu kilku godzin w centrum Berlina.

TOP 10 IN BERLIN

1. Kanzleramt


2. Reichstag



3. Brama Branderburska - Brandenburger Tor



4. Holocaust Mahnmal

5. Potsdamer platz



6. Mur Berliński


Napotkana po drodze żyfara pod sklepem "Legolandia" :)

Berlin jest pełen graffiti. Oto jeden z przykładów.

Obklejony znak drogowy? Dlaczego nie!

7. Gendarmenmarkt






8. Berliner Dom und Fernsehtum




9. Berlinska Wieża telewizjna - Fernsehturm




10. Alexsanderplatz


Perfect Selfie



Kolorowy stary samochód przykuł moją uwagę



Do zobaczenia Berlin!!!